Podróżowanie z dzieckiem cz. I

Trzy i pół dnia zajęło mi ochłonięcie po wyjeździe i przejście z krótkiej mini depresji powakacyjnej do codziennej rutyny. I chociaż nie całkiem jeszcze udało mi się odzyskać siły i zapał do pisania (szczególnie, że Wiktor najwyraźniej z tęsknoty za Hiszpanią, płaczliwy, marudny i kolejne noce śpiący-nieśpiący przysparza nam rozmaitych rozrywek) to czas się zmobilizować. Ad rem zatem – wróciliśmy z wypoczynu w Hiszpanii, gdzie przez tydzień na zmianę grzejąc lekko już wychłodzone warszawską pogodą ciała w fantastycznie ciepłym hiszpańskim słońcu i ochładzając je w basenie pieściliśmy zmysły wzroku, smaku i powonienia. Wynajęte mieszkanie w Lloret de Mar na Costa Brava dzieliliśmy z przyjaciółmi, Kasią i Michałem i ich przesłodkim, lekko się już buntującym, prawie dwulatkiem Szymonkiem. Przed podróżą z czteromiesięcznym maluchem martwiłam się wieloma rzeczami, bo z naszych bezdzietnych wojaży zbyt dobrze pamiętałam jęk zawodu na widok sadowiących się zbyt blisko nas z całym arsenałem piszczałek i grzechotek rodzin z dziećmi, które biegały, krzyczały i domagały się atencji wszystkich współpasażerów. Już niejednokrotnie przekonałam się, że Wiktor wyczuwa wszystkie moje emocje i tym razem na moje reisefieber zareagował spotęgowanym płaczem na godzinę przed planowaną pobudką (żeby zdążyć na samolot, pierwszy raz od wieków nastawiłam budzik na czwartą rano..). Bardzo niewyspani i niespokojni dotarliśmy na lotnisko z wielkim wózkiem i dwiema potężnymi torbami, z których jedna musiała zmieścić fotelik samochodowy, bo w wynajętym na miejscu aucie mieli tylko takie dla starszych dzieci! Po odstaniu do wszystkich odpraw i przepraw (jeszcze nie przywykliśmy, że prawie wszędzie możemy bez kolejki) przeszliśmy przez dobrze wróżący rękaw do samolotu i stanęliśmy u szczytu schodów... Przyzwyczajeni do polskich absurdów, z trudem, ale i z lekkim uśmiechem zażenowania  znieśliśmy po schodach wózek do autobusu i zasiedliśmy w samolocie w oczekiwaniu na najgorsze, bo Wiktor trochę popłakiwał. Na szczęście przed nami siedziały dwie urocze dziewczyny, które śladami Vicky i Cristiny podążały do miasta Gaudiego w poszukiwaniu dobrej zabawy i swoim rozpromienionym i pełnym wdzięku obliczem wprowadziły naszego synka, a także mojego męża i Michała, w całkiem dobry nastrój jeszcze przed odlotem. Dużo spokojniejsza i pomna porad innym podróżujących mam  z chwilą wjazdu na pas startowy zaczęłam karmić Wiktora – żeby go uspokoić i zapobiec nieprzyjemnemu zatykaniu uszu. Podziałało od razu i na kolejne dwie godziny Victorio zasnął w moich ramionach ku radości naszej i wszystkich nam na pokładzie towarzyszących. Pierwszy mit podróżowania z dzieckiem obalony. Kolejne obalę lub podtrzymam jutro.

3 komentarze:

gbryja pisze...

Hej siostrzyczka!

Wreszcie znak zycia...Czekam na szczegolowy opis wakacji.

Love

B

Alenka pisze...

Jak fajnie znów Cie czytać. :-) Stęskniłam się - codziennie sprawdzałam i nareszcie jest! Jak zwykle pogodnie-dowcipny i mądry tekst. Czekam na kolejne odcinki podróżnicze. No i... Witajcie w domku!

Belrespiro pisze...

Jak widzisz Alusia z mojego ostatniego postu, trochę mnie przydusiło kreatywnie :) Ale powrócę w lepszej formie!

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...