Wiktor i jego biuro





Wczoraj wróciliśmy od rodziców ze Świąt i dzisiaj był trudny dzień dla Wiktora. Bo prawie cały wyłącznie sam na sam ze mną. I chociaż nie mam wątpliwości co do jego olbrzymiej, niewypowiedzianej jeszcze miłości, to jednak co kilka osób i pies to nie jedna… Nawet jeżeli ta ulubiona. Przez ten tydzień zawsze ktoś poświęcał mu pełną uwagę, albo bawiąc się w coś fantastycznego, albo chociaż zachwycając się jak fantastycznie bawi się sam. Do dyspozycji miał dwie ciocie, babcię, dwóch dziadków i Wegę – suczkę rasy szlachetnie pomieszanej. Wiktor i Wega szybko znaleźli wspólny język, a jako, że podzielają zainteresowanie tymi samymi przedmiotami i aktywnościami, wróżę im długą przyjaźń. Na widok Wegi Wiktor wydawał nieznane mi dotąd okrzyki ekscytacji i szkoda, że na co dzień nie może wychowywać się z psem! Niestety, moja alergia nie ustąpiła pomimo coraz częstszej ekspozycji na alergizujące futro rodzinnego psa. Ale nie tracę nadziei, bo jak już kiedyś będziemy mieć wielki dom z ogrodem, to przecież musi w nim biegać pies!
A wracając do Wiktora i tematu zabawek, to jeszcze raz potwierdziło się to, co dobrze mi znane, że nie ma lepszych zabawek niż kartony, sznurki, rurki i pokrywki – w przyniesionym przez dziadka kartonie Wiktor zorganizował sobie „biuro”, z którego wychodził i wchodził i wychodził i wchodził…

PS Dziadek Kazik to w ogóle pomysły ma świetne – zdjęcie poniżej przedstawia rozkoszną historię, którą stworzył przy użyciu maszyny do szycia:






Ósmy list


Z kilkudniowym opóźnieniem, po ósmym świętowaniu kolejnego miesiąca w Twoim życiu, piszę do Ciebie to co mi serce dyktuje. Na Twój widok moje serce krzyczy z radości, pulsuje z miłości, a czasem dopada je ból jak coś boli Ciebie. A boli coraz częściej. I to nie brzuszek z przejedzenia czy przebijające się zęby, ale co rusz kontuzjowane części ciała – w zetknięciu z podłogą, stołem, nogą od krzesła czy drzwiami do łazienki. Otoczenie pełne jest zagrożeń. W jednej chwili bawisz się grzechotką tuż obok by kilka sekund później na drugim końcu pokoju, pociągnąć za zachęcająco wygięty kabel ładowarki. Chociaż całym sercem wierzę w wychowanie w totalnej miłości, bez zakazów i krytyki, to dla Twojego bezpieczeństwa uczymy cię reagowania wycofaniem na hasło „Nie wolno!” Nie wolno Ci tylko tego co realnie zagraża Twojemu bezpieczeństwu – kable, kontakty i piec u Dziadków, nie staramy się ochraniać cię przed każdym upadkiem czy stuknięciem. U Dziadków uczyłeś się otwierać szafki kuchenne, co początkowo przypłaciłeś porządnym zderzeniem i plasknięciem prosto w czółko. Po ukojeniu w moich ramionach podniosłeś się i dzielnie próbowałeś dalej. Aż do momentu gdy Twoim oczom zdobywcy ukazały się półki słodko wypełnione babcinymi przysmakami. Wspinając się na stos koców i poduszek nie mogłeś wiedzieć, że tak łatwo się z nich można sturlać i gdyby nie miękki materac bolałoby dużo bardziej… Nigdy się nie poddajesz, ciągle eksplorujesz, poznajesz i dajesz się poznawać. Rzucasz się w wir życia i pozwalasz sobą targać i szarpać, nie obawiając się tych wszystkich ciosów, które nieuchronnie spotykasz na swojej drodze. Pełnię swojego szczęścia osiągasz kiedy uda Ci się wspiąć po nodze krzesła i tym swoim jednym ząbkiem poskrobać siedzenie, albo kiedy dogonisz mnie w drodze do łazienki. Osiągasz swoje cele ryzykując utratę równowagi, zadyszkę i zderzenie z twardym podłożem. Nieważne. Jeżeli tylko co jakiś czas możesz przytulić się do mnie albo do Taty to nic nie jest niemożliwe. My to bezpieczeństwo w niebezpiecznym świecie, miejsce, w którym odpoczywasz przed kolejnym etapem Twojej fascynującej podróży.

Na święta

Jestem u rodziców z dala od szybkiego internetu, więc do bloga powrócę w przyszłym tygodniu, ale już teraz z całą rodziną życzę Wam wszystkiego dobrego na nadchodzące święta. Kto chce zobaczyć nas jako elfy niech kliknie:
http://elfyourself.jibjab.com/view/OmTEWRmDm16O9oPRXaqB

O słoniu.

Nie umiem się powstrzymać od rymowania przy Wiktorze. On to lubi i ja to lubię. Dzisiaj na "warsztacie" słoń, bo słoni w Wiktorowym świecie dużo.

Wieczór gier rodzinnych

Wesoły słonik Eustachy
Gra chętnie z tygrysem w szachy.
Gdy tygrys na łowy znika
Eustachy gra z hieną w chińczyka.
Gdy hienę zaś głowa rozboli
Eustachy gra w monopoly.
Z żyrafą i zebrą Eustachy,
ma zawsze ubaw po pachy.


Wiktor i sprawa dzieciństwa w PRL




Wiktor będzie się kiedyś uczył o stanie wojennym i zapyta mnie pewnie czy pamiętam ten czas. Jak było w tej strasznej Polsce? Mamo, jak walczyłaś z represjami i zniewoleniem (bo założy, że jego mama nie pozwoliłaby sobie dmuchać w kaszę przecież). I co mu powiem – że najbardziej pamiętam brak teleranka? Każdy kto jest w wieku zbliżonym do mojego dobrze pamięta tamten niedzielny poranek kiedy nie usłyszeliśmy radosnego kukuryku kolorowego koguta na ekranie telewizora. Zamiast tego przez cały dzień przemawiali smutni i groźni ludzie w mundurach. To co mówili zasmucało naszych rodziców, a to sprawiało, że się baliśmy. Była zima, szarobury śnieg za oknem i ograbienie nas z tego kolorowego promyka było prawdziwym okrucieństwem przeciwko szczęśliwemu dzieciństwu. Co pozostawało nam, dzieciom PRL-u? No na szczęście dla nas, nieuwikłanych w polityczne rozgrywki i nierozumiejących jeszcze wielkich pojęć, to nie były czasy zniewolenia, ale dużej pełnej swobody mimo klucza na szyi. To był czas Bolka i Lolka poznających pierwsze rumieńce na widok Tosi i czas niewidzialnej ręki, plastusiowego pamiętnika i siedmiu życzeń, biegającej bez stanika Kasi Figury w serialu „Pierścień i róża”, mocno wątpliwego uroku Thomasa Andersa i westchnień do niekończącej się historii Limahla.


Czy Wiktor zapamięta którąkolwiek ze swoich zabawek tak jak ja pamiętam przywiezioną z NRD ciemnoskórą Lulkę czy kupioną za 9,99 dolarów w Peweksie najukochańszą moją Bubę z niebieskimi sznurkowymi włosami? Czy pozwolimy mu tak naprawdę pragnąć czegoś tak jak ja pragnęłam lalki Barbie, małpki Mon Chichi czy piętrowego piórnika? Do dziś pamiętam ukłucie zazdrości i pożądanie gdy koleżanka z ławki wklejała do zeszytu miękkie naklejki ze smerfami i z pasją gumowała niezapisane jeszcze nawet kartki jaskrawozieloną pachnącą gumką chińską. Ja szpanowałam „na zagraniczne ciuchy”, bo regularnie zasilana paczkami z Ameryki donosiłam wypasione dżinsy i koszulki po starszej kuzynce Urszuli. Mimo dostępu do zachodnich ciuchów i tak pragnęłam jeszcze większej mody i z sąsiadka Magdą godzinami przeglądałam katalogi Quelle i palcem „zamawiałam” co lepsze marynarki z poduchami albo zwężane spodnie z poliestru.
Jak prawdopodobne jest, że Wiktor będzie zbierał  papierki po czekoladach albo prasował sreberka i z namaszczeniem składał je w pudełku po „dorosłych” cukierkach kukułkach?

Więc co mu odpowiem jak zapyta jakie było moje dzieciństwo w PRL-u?  Że kolorowe jak zeszyt papierów kolorowanych, słodkie jak krówka ciągutka i nieskomplikowane jak potrzeby Reksia. Ale dodam, że mogło być takie dzięki moim rodzicom, którzy zapewnili mi spokój i radość mimo strasznych, okropnych czasów, które oby nigdy nie wróciły.

PS Oglądam właśnie dokument o polskim rocku tamtych lat „Bits of freedom”, w tle poruszająca piosenka „Dorosłe dzieci” zespołu Turbo i myślę jak ciężko było tym, którzy dorastali w tamtych czasach, jak mój brat – rozumieli wszystko, wiele zrobić nie mogli, patrzyli na obłudę tamtych czasów ze strachem, że to się już nigdy nie zmieni.

Apel.

Jestem ostatnio bardzo zmęczona i trudno mi się zmobilizować. Ale przede wszystkim łatwo się demotywuję. Dzisiaj zrozumiałam, że straciłam nieco zapał do pisania, bo siedząc w domu z niemówiącym nieletnim brakuje mi większej interakcji po Waszej stronie. No cóż, grunt to znać swoje słabości. Nazywam się Ewa i jestem próżna. Potrzebuję pochwał i oznak uwielbienia. Dlatego zwracam się z apelem o wsparcie psychologiczne i sygnał, że jesteście, czytacie i nie chcecie żebym przestała. Jak 10 osób zareaguje tutaj albo na facebooku, to jestem uratowana. Jak nie, to też się podniosę, ale będzie trudniej.

Love/ Christmas is all around

Wiktor w ruchu nieustającym. Zrobienie mu zdjęcia baardzo trudne.



Dla sporej grupy moich znajomych na facebooku okołoświąteczny czas zaczyna się wraz z pierwszym radiowym odsłuchaniem "Last Christmas". Dla mnie, sygnałem do przestawienia się na czas dzwoneczków i gwiazdek jest niesamowity utwór Frankie Goes to Hollywood "Power of Love" (który btw tylko przez teledysk nawiązuje do Bożego Narodzenia, ale jak! LINK). I właśnie dzisiaj, poszukując prezentów w zatłoczonym centrum handlowym, poczułam znajome ukłucie i serce zaczęło mi topnieć. W jednej minucie wszystko wokół mnie zrobiło się przecudowne i każdy mijany człowiek był piękny i dobry. Nie drażniły mnie już absurdalnie wczesne dekoracje świąteczne i smutne, przebrane za aniołki, dziewczynki sprzedające opłatki (!). Nie przeszkadzał mi już dysonans pomiędzy radosnymi trelami nadawanych z głośników reklam a znudzonymi twarzami kiepsko opłacanych sprzedawców. Ba, nawet dałam się skusić znanej młodzieżowej marce ubrań na obrzydliwą zazwyczaj landrynkę w świątecznym papierku. I była pycha. I wszystko było na miejscu. Otaczała mnie miłość i ciepło.

Niestety, każda, nawet trwająca blisko pięć minut, piosenka kiedyś się kończy. I znowu byłam w dusznym, głośnym, dudniącym od basów bezosobowym magazynie. Nie znalazłam tego czego szukałam i nie miałam ochoty uprzejmie odpowiadzieć "nie, dziękuję" aniołkowi po raz piąty próbującemu sprzedać mi zapakowane w sztuczne igliwie ciało Chrystusa. Ale wtedy ten aniołek najpromienniejszym z uśmiechów obdarzył budzącego się właśnie w chuście Wiktora i Wiktor ten uśmiech odwzajemnił. A mocno zaintrygowany naszym sposobem noszenia starszy Pan zachwycił się nieostentacyjnym urokiem Wiktorskiego i życzył nam wszystkiego najlepszego na całe życie, nie tylko na święta. A w autobusie trzy osoby wstały żeby mi ustąpić miejsca i kiedy zajęłam jedno z miejsc, kurtuazyjnie ustępowali sobie dalej. I chociaż nie było widać świata przez koszmarnie brudne szyby autobusu, to wiedziałam na pewno, że tam jest pięknie. A miłość jest wszędzie ;)

P.S. A jak komuś jeszcze potrzeba porządnego pozytywnego kopa, to zalecam odświeżenie znajomości z filmem "Love Actually" (To właśnie miłość). Jak dla mnie niezawodne i nieskomplikowane uniesienie. Szczególnie o tej porze roku.

Mniam Mama i zimowe otępienie

I nie ma co pisać. Po prostu niemoc twórcza. Za zimno, aż spać się chce.Więc spać idę.

Wiktor i sprawa mało zabawna

Wszystkie zabawki jakie mamy na podłodze, Wiktor zdezorientowany i przemęczony. Niestety, przy robieniu tych zdjęć ucierpiała jedna, ukochana moja osoba. Przepraszam Wiktor.



Bycie rodzicem to odpowiedzialność. Ale odkrycie! Bycie rodzicem wymaga edukowania dziecka w zakresie kwestii etycznych, wskazywania mu dobrych postaw i podstaw do dokonywania dobrych wyborów – odpowiedzialnych, etycznych, rozsądnych. Wiktor jest jeszcze malutki i pytania „skąd, dlaczego i po co” zacznie zadawać pewnie za dwa lata najwcześniej, ale ja już chcę się do tego przygotować. Zanim stałam się mamą, moje poglądy na wiele ważnych spraw nie miały konkretnego kształtu. Pozwalałam sobie na niekonsekwencję, oportunizm i przymykanie oka na wiele własnych słabości. Nadal to robię, pewnie, ale za każdym razem myślę o tym, co bym powiedziała Wiktorowi gdyby zapytał „Dlaczego?”. „Wiktor i sprawy ważne” to moja próba poukładania siebie dla mojego syna i jego potencjalnego rodzeństwa :)

(Dzisiejszy temat zainspirowany porą roku i dzisiejszą rozmową w Dzień Dobry TVN z Reni Jusis LINK)

Za parę dni Mikołajki, wielkie święto wszystkich dzieci i wszystkich producentów zabawek. We wtorkowy poranek jedni i drudzy z wielką ekscytacją wyskoczą z łóżek – dzieci, żeby sprawdzić czy pod łóżkiem czeka wymarzone play station, producenci żeby otworzyć laptopa i sprawdzić stan konta. Pierwsze świąteczne reklamy pojawiły się już kilka tygodni temu, wskazując nam co dokładnie będziemy kupować, jeść i pić w te święta. Czy w tym zakupowym szaleństwie zadamy sobie jakiekolwiek pytania? Czy drewniane klocki, które opatrzono wytrychowym słowem „ekologiczne” na pewno nie zrobią krzywdy naszemu dziecku? Ile tak naprawdę kosztuje tania ciężarówa, która pakujemy do koszyka? Czy misterne, mikroskopijne szlaczki na bajkowym domku dla lalek mogły zrobić ręce dorosłego człowieka?

Nie będę rozpisywać się  na temat zabawek „made in china”, bo wiele się o tym pisze w sieci - polecam  tekst Justyny Szambelan na Dzieci są ważne LINK, która pisze „Opowieści o tym, jak powstają zabawki, zazwyczaj są nieodpowiednie dla dzieci – pełne smutku, niewygód, a często cierpienia ludzi zatrudnionych przy ich produkcji.” Nie będę nawoływać do bojkotu chińskich produktów czy rezygnacji z markowych hitów sezonu. To co sobie dzisiaj napisałam, to moja osobista, krótka „czeklista” rzeczy, na które będę zwracać uwagę przy wybieraniu zabawek dla Wiktora:

Może nie trzeba kupować
To pierwsza zasada – aktualna przed każdym zakupem. Może lepiej coś zrobić/ przerobić samemu, albo przy braku umiejętności ewentualnie kupić coś zrobionego przez inną umiejętną osobę? W sieci znajdziemy mnóstwo uzdolnionych rękodzielników, których zabawki zachwycą i dzieci i rodziców i dadzą olbrzymie pole do popisu naszej wyobraźni.

PS Ja nie umiem szyć ani składać origami (jeszcze!), ale za to mam fantazję… Z kawałka foliowego worka, gumki recepturki i sznurka, które zachwyciły Wiktora w kuchennej szafce sporządziłam na szybko dziwoląga, którego dla potrzeb mojego oszalałego z ekscytacji syna nazwałam „Płetwonurkiem Jurkiem” i urządziłam mu kąpiel w wiktorowej wanience deklamując przy tym ten oto niby-wierszyk:

Z folii, gumki oraz sznurka
poskładamy płetwonurka.
Płetwonurek w wannie znika
szukać wraku Titanica.


Da się? :)

Nieobecność substancji toksycznych
Wiadomo, że w pierwszej kolejności chcę uniknąć bezpośredniego zagrożenia dla mojego dziecka – nie kupię zabawki, o której nie wiem, że jest bezpieczna i nie zawiera związków PAH, chromu czy ftalanów. Wiktor wszystko pakuje do buzi i wystarczy mi strach przed potencjalnym zatruciem ołowiem, który zawierają farby zadrukowujące sporadycznie oblizywane przez niego gazety i książki. Niestety, okazuje się, że mimo najszczerszych chęci, bez osobistego zestawu małego chemika nie możemy ufać żadnemu producentowi, bo większość zabawek na polskim rynku (też tych drewnianych!) zawiera substancje potencjalnie szkodliwe. Ale nie ustanę w poszukiwaniach.
PS. Swoją drogą ciekawe czy poczciwy wałek do ciasta, który upodobał sobie mój syn jest zdrowszy niż klocki specjalnie dla dzieci wyprodukowane?

Społeczno-ekologiczny charakter mojego zakupu
Będę poszukiwać zabawek, które wyprodukowane są z zachowaniem zasad sprawiedliwego handlu, czyli przez firmy, które zapewniają pracownikom godziwe warunki pracy i płacy i nie wykorzystują niewolniczej pracy dzieci. Dodatkowo, ważne jest żeby materiały, z których wykonano zabawki nie przyczyniały się do rujnowania zagrożonych terenów, roślin czy zwierząt.

Opakowanie niepotrzebne
Wiele zabawek  pakowanych jest w wielkie kartonowe pudełka z plastikowymi okienkami, przez które się do nas te zabawki wdzięczą. Pudełka lądują w koszu w sekundzie, a trudno je użyć ponownie. Ja do pakowania prezentów w tym roku skorzystam z gromadzonych przez cały rok papierowych torebek. Dodam do nich tylko elementy świąteczne, albo trochę świątecznego papieru.

Efektami moich tegorocznych poszukiwań podzielę się z Wami na blogu. Trzymajcie kciuki.

I podsumowanie. Jestem konsumentem. Chcę konsumować dobro, nie zło. Znam siebie na tyle, że wiem, że nie będę w stanie całkowicie zrezygnować z grzeszków snobizmu i próżności, bo kusić mnie będą idiotycznie drogie markowe ciuchy, skórzana kurtka czy spalający hektolitry benzyny ciemnozielony Jaguar. Ale mogę krok po kroku wprowadzać zmiany i uczyć mojego syna jak żyć świadomie i z poszanowaniem praw natury. Co nie?




Zima zła?

Ja i Gosia, Nowy Jork 2004



















Na początku bardzo gorąco pozdrawiam wszystkich,  którzy do późnych godzin wieczornych wracali dzisiaj z pracy, a patrząc na olbrzymi korek na wiadukcie w Alejach, być może są jeszcze w drodze. 

Ja popijam herbatę, jem upieczone z ulubioną Kamilą słodkie bułeczki drożdżowe z cynamonem i chcę obwieścić, że taką zimę uwielbiam. Kiedy nie muszę wychodzić z domu, odśnieżać samochodu lub stać na przystanku w drodze do pracy. Lubię zimę w kolorowych zimowych skarpetach i przyjemnie grzejącym beżowym swetrze, w którym wyglądam jak wspomniane drożdżowe ciasteczko.

Z pierwszym śniegiem aktywują się we mnie wszystkie wspomnienia zacinających śniegiem zim z dzieciństwa (swoją drogą ciekawe dlaczego pamiętam je dużo lepiej niż upalne lata) – misterne orły na parkingu przed Wyższą Szkołą Pedagogiczną, mrożące krew w żyłach kuligi za dużym fiatem mojego Taty, gorąca czekolada z Pewexu i ekscytacja pierwszą, bielutką kartką w nowym kalendarzu. Zimą częściej myślę też o mojej Mamie, bo zima była naszą ostatnią wspólną porą roku. Widzę Mamę w drodze na pasterkę otuloną karakułowym kołnierzem i pachnącą Opium Diora i mnie zapatrzoną w tę, jak wydawało mi się wtedy, nieosiągalną kobiecość. Ale wystarczyła jedna śniegowa kulka żeby niedostępna Królowa Śniegu zmieniła się radosną i trochę niegrzeczną Królewnę Śnieżkę, z którą czasem z tej pasterki uciekałyśmy. Zimową porą też zakochaliśmy się w sobie z Arkiem – podczas szalonej polekcyjnej walki na śnieżki pod pomnikiem Marii Konopnickiej przed naszym liceum rzucił mnie na ziemię i natarł śniegiem. Kilka dni później całowaliśmy się na placu zabaw obok szkoły, a ja pomyślałam wtedy, że będę musiała zadbać o jego spierzchnięte od mrozu usta. Bo dla takiego całowania warto. Zimą myślę zawsze o godnym podziwu harcie ducha mojego Taty, który już od kilku tygodni ćwiczy kolana przygotowując się do sezonu narciarskiego. No i na koniec jedno z najpiękniejszych moich zimowych wspomnień -  spontaniczny nocny spacer po nowojorskim Bronxie z Arkiem, moim bratem i bratową w drugi dzień świąt, walka na śnieżki, rzucanie się na świeżutki puch, a wszystko w prawie dziennym świetle świątecznych lampek oblepiających amerykańskie domy.

Oj żeby ta zima była piękna i dla nas łaskawa...



Bogdan i Gosia, Nowy Jork 2004

Misio jest fajny.

Nie wiem czy wiecie, ale wczoraj obchodzony był Światowy Dzień Pluszowego Misia! Jutro Wiktor i bardzo ważna sprawa zabawek, a dzisiaj Wiktor w stanie otulenia i utulenia misiem. Dobrej nocy.

Dopisek z 28 listopada, niedziela: Nie udało mi się napisać nic. Wiktor przeziębiony, ja przemęczona, chwila oddechu potrzebna :) Odezwę się na dniach.


Siódmy list

Kochany Synku, 

Z każdym tygodniem coraz bardziej jestem do Ciebie przywiązana i coraz mniej wyobrażam sobie jak mogłam bez Ciebie żyć. Wygląda na to, że Ty masz odczucia podobne, bo od kilku dni jesteś moim wiernym, niestrudzonym cieniem. Nie mogę kroku zrobić żeby Twoje plaskające o drewnianą podłogę rączki nie podążały za mną ciągnąć za sobą plączące się nóżki w śmiesznych rajtkach. Brzmi uroczo, ale bywa bardzo uciążliwe i irytujące. [Tak - używam tego słowa w stosunku do mojego zawsze słodkiego synka.] Wiktor, bywasz bardzo irytujący i potrafisz wyprowadzić mnie z równowagi. Na szczęście masz też ten szelmowski, nieodparty urok, który sprawia, że rozdrażnienie ustępuje miejsca błogiej pewności, że cięższe chwile zawsze miną.

Dzisiaj kończysz 7 miesięcy i w cudowny sposób właśnie dzisiaj po raz pierwszy sam odpłynąłeś w łóżeczku - bez tulenia, bez piersi, bez płaczu – słuchając tylko mojego głosu i bajki o dziecku i dyniowym drzewie (!!!). Obróciłeś się na boczek, patrząc na mnie przez kilka minut bez ruchu i w pewnej chwili zamknąłeś oczy. Tak po prostu zasnąłeś. Czy tak już będzie? Oj, przez te kilka miesięcy nauczyłam się nie przyzwyczajać się do niczego i nie dopatrywać się schematów. Wszystkie mamy pożądają kojącej powtarzalności, ale dzieci tego niestety nie wiedzą. Bo gdyby wiedziały, to zrobiłyby wszystko żeby ich mamy były zadowolone.  Synku, śpij dobrze. A jutro uwiesisz się znowu mojej nogi i tak sobie razem pobędziemy.

Mama


Mniam Mama i nóżki w galarecie.



































Dzisiaj krótko, bo dzień był intensywny i długi. Wybory za nami, nie znamy jeszcze dokładnych statystyk i nie wiem ile kobiet dostało się do władz samorządowych, ale z całą pewnością w dojściu na szczyt wspierał je prezydent Komorowski, który w jednym z przedwyborczych wywiadów zadeklarował głosowanie właśnie na kobiety. Tłumacząc swój wybór podkreślił, że aktywne kobiety są często kluczem do aktywności całych środowisk lokalnych i żartobliwie stwierdził, że stawia na jedną nóżkę -  bardzo zgrabną, kobiecą nóżkę - doprecyzował. Czy miał na myśli jakąś konkretną nóżkę czy tak o nóżkach wszystkich kobiecych pięknie się wyraził? Bo nogi mają wielu fanów, ale w przeciwieństwie do piersi, które mają zagorzałych amatorów w każdej wersji i wielkości, za nogi piękne uważa się standardowo nogi długie, szczupłe i dobrze wykrojone. I tu mamy odpowiedź dlaczego o nogach piszę tak pobieżnie i z mniejszym uczuciem niż o piersiach. Parafrazując lekko Gabrielę Zapolską - są kobiety, które aby zatuszować niespecjalnie zgrabne nogi, noszą bardzo duże dekolty. Albo biorą za męża fantastycznego fotografa, który tak je kadruje, że wyglądają jak z reklamy pończoch :)

___________________________________________________

Wszystkie walczymy z cellulitem na nogach. Smarując, drenując, szczypiąc i mrożąc. Zazwyczaj bezskutecznie. Są sposoby na lekką jego redukcję, ale o nich musicie już poczytać u Kasi Cichopek, bo ja nie mam żadnej dobrej rady. Spoglądam tylko z czułością na kompletnie pokryte pomarańczową skórką uda i pupę mojego synka (to pewnie przez siedzący tryb życia) i dedykuję wszystkim walczącym z cellulitem wiersz meksykańskiego pisarza i poety Enriqe Serna Hymn do cellulitis, siedem zwrotek w temacie "boskiego majestatu ud w galaretowości" (w oryginale) tutaj

____________________________________________________

PS. A tu mały podgląd na zaplecze dzisiejszej mini sesji zdjęciowej i na tego, co cuda uczynił z moimi nogami na zdjęciach. Mój mąż, mój syn i nasz bałagan w tle.




Wiktor i sprawa szaty co zdobi albo nie zdobi



Ubrałam Wiktora w koszulkę z drogim logo i nie mogę się napatrzeć jaki on śliczny. Wiktor na to logo zwrócił zjedzoną przed chwilą zupkę i szczęśliwie rozmazał . Koszulka zmasakrowana, bo w zupie były buraczki. Wiktor ma 7 miesięcy, 7 par butów i zero umiejętności chodzenia. Buty są piękne i„niechodzone” dumnie prezentują się na półce w jego pokoju.

Nie ma co ukrywać - uwielbiam go stroić, przebierać i stylizować. Już teraz ma identyczną wojskową kurtkę jak Tata, kożuszek w najmodniejszym stylu „awiator”, kaszmirowy sweterek w serek i milion czapek. A przecież jemu wszystko jedno w co jest ubrany byle było ciepło i nic nie uwierało. Czyli ubieram go dla siebie? No ale dla mnie to on jest najpiękniejszy taki golutki w kąpieli, albo skulony w kocyku, a w zasadzie we wszystkim jest najpiękniejszy przecież… No więc wychodzi, że ubieram go dla innych. Dla tych, którzy nas znają i dla tych, którzy tylko mijają nas na ulicy. Żeby się pozachwycali, żeby spojrzeli z uznaniem, że my tacy śliczni i modnie poubierani. Bo jak śliczni to pewnie i mili i mądrzy i sympatyczni. Czy rzeczywiście jestem taka płytka czy też zwyczajnie podążam naturalnym tokiem myślenia (prawie) każdego z nas? Trzech czwartych z nas. W niedawno przeprowadzonym badaniu CBOS na temat znaczenia wyglądu w życiu człowieka, prawie trzy czwarte Polaków wyraziło pogląd, że to jak wyglądamy sprzyja powodzeniu w życiu osobistym i zawodowym. I nic w tym zaskakującego. Naukowcy (zapewne amerykańscy)  już dawno udowodnili, że od małego lubimy patrzeć na to co potocznie uznawane za atrakcyjne. Jeżeli pokażemy kilkumiesięcznym niemowlętom zdjęcia dwóch różnych osób dłużej będą przypatrywać się tym uznawanym za atrakcyjniejsze. Ładne dzieci  postrzegane są jako grzeczniejsze i zdolniejsze, podobno dostają też lepsze stopnie. Nic dziwnego więc, że pozytywnie naładowane wiarą w siebie osiągają potem większe sukcesy zawodowe jako dorośli.  A jak im się noga powinie i spowodują uliczną kraksę to otrzymują niższe grzywny i kaucje. Jednak ucząc Wiktora o świecie nie chcę mu przecież powiedzieć, że wolno mu więcej bo ma zniewalający uśmiech i że nie musi się uczyć fizyki, bo nauczycielka ma nieuświadomioną słabość do jego zalotnie zaczesanej grzywki. Jak mądrze przekazać mu niepodważalną prawdę, że nie szata zdobi człowieka i najważniejsze to dostrzec w innych piękno jakie noszą we wnętrzu? I że, podążając tropem antycznej myśli, piękne jest to co dobre?

PS Wiktor patrzy teraz na mnie lekko już śpiącymi oczami w kolorze mocnej brazylijskiej kawy i nie mogę się nadziwić jaki on piękny. Jakie ma uszka zgrabniutkie, jaki prościutki nos, jakie gładkie policzki. Uważnie się przyglądając dostrzegam jednak nieszczególnie wydatne usta po mamie i trochę za bardzo schowany podbródek po tacie. I pomimo tych pozornych usterek nagle wydaje mi się jeszcze doskonalszy i piękniejszy. Charles Baudelaire, którego zacytuję tu jeszcze nie raz powiedział „Piękno zawiera zawsze odrobinę dziwaczności, która sprawia, ze szczególnie jest piękne”. Wiem, że na pewno chcę pokazać mojemu synowi, że piękno to niekoniecznie to co promuje się w naszej kulturze i mediach. Że to może być coś wyjątkowego, zaskakującego, czasem szokującego i innego. Inne może być i jest piękne.

Dużo Wiktora

Czy nie robimy za dużo zdjęć? Teksty na bloga w drodze. Pozdrowienia.

Mniam Mama i słodkie cycuszki.

Nie ma jak spontaniczne zdjęcia przy nieodłącznym w sesjach kulinarnych trendy sprzęcie kuchennym..

Piersiątka jak te pączki róż,
Epigram jędrny a ścisły!
I ta średniówka ich, niewymownie
Poruszająca me zmysły.

Heinrich Heine „Pieśń nad pieśniami”

Dlaczego coś tak fantastycznego jak piersi ma wzbudzać zachwyt tylko facetów? Piersi, biusty, cycuszki – uwielbiam je i ja. I podobają mi się wszystkie piersi bez wyjątku. Te większe kuszą miękką obfitością, mniejszym zazdroszczę dziewczęcej świeżości i „kompaktowości”. Ciąża i karmienie nieuchronnie spowodowały zmiany w moim decolette, więc dziś bardziej niż kiedykolwiek przyglądam się tej mojej osobistej parze. Jednocześnie, to właśnie teraz, kiedy wypełniły swoje pierwotnie zamierzone przez naturę przeznaczenie, pokochałam je naprawdę. Za efektywność i magiczny dar uspokajania między innymi. I jeżeli czasem umęczone, wyściskane i podrapane, bynajmniej nie w miłosnym szale, wyglądają trochę mniej dumnie niż kiedyś to trudno – dzięki nim wyżywiłam prawdziwego półrocznego człowieka. Niesamowite.

W mojej ukochanej „Biegnącej z wilkami” czytam: „Ciało jest jak ziemia. Ma swój krajobraz, którego uroda jest wrażliwa na zabudowywanie, parcelowanie, rycie, kopanie i odzieranie z naturalnych sił. Kobieta żyjąca w zgodzie z naturą nie ulega łatwo planom przebudowy. Dla niej najistotniejszą kwestią nie jest kształtowanie formy, ale odczuwanie. Niezależnie od kształtu funkcją piersi jest karmić i czuć. Jeżeli piersi karmią i czują, to są dobre piersi.”


____________________________________________________

 To, że trochę naiwnie liczę na to, że los będzie dla mnie łaskawy i karmienie nie zmarnuje całkiem moich atutów nie oznacza bynajmniej, że z entuzjazmem czekam aż mi piersi obwisną i sflaczeją, bo na tyle na ile mogę walczę…Traktuję je ciepłą i zimną wodą na przemian, wmasowuję kremy i ćwiczę, bo chociaż nie są zbudowane z mięśni, to utrzymują je mięśnie klatki piersiowej i ramion, które wyćwiczyć można. Najczęściej modlę się :) Ręce przed sobą jak do modlitwy, łokcie do góry i silnie napieram dłońmi na siebie. Łatwe i skuteczne. Polecam. I jeszcze jedno. Spróbujcie roztańczyć swoje biusty, nauczyć je pokonywać siły grawitacji i ograniczenia waszego umysłu. To, co robią te panie na tym krótkim filmiku jest możliwe i proste. Doskonale poprawi Waszą sylwetkę i humor. Spróbujcie koniecznie!
 

Wiktor i sprawa patriotyzmu



Głośno wszędzie o patriotyzmie. Głośno wszędzie o umiłowaniu Ojczyzny i oddawaniu życia za jej sprawy. Nie milkną wspomnienia o tragicznych wydarzeniach z 10 kwietnia i spory o to czy pasażerowie TU-154 polegli czy też zwyczajnie zginęli w katastrofie. Co chwilę ktoś, kto na pierwszy i drugi rzut oka wydawał się być stuprocentowym Polakiem staje przed oskarżeniem, że nim nie jest, bo ma inne zdanie i pogląd na rzeczywistość. Wiktor urodził się w Polsce po 10 kwietnia, w której bardziej niż kiedykolwiek na wierzch wychodzą cechy i zachowania, których w naszej polskiej mentalności nie lubię. Wczorajsze obchody Święta Niepodległości i otaczające je przepychanki, niepokoje i rozruchy skłaniają mnie do zastanowienia się nad tym jak go uczyć o Polsce. W jakim duchu go wychowywać? Jaką Polskę nauczyć go kochać? Czy będzie patriotą?

Według PWN patriotyzm to postawa łącząca miłość do ojczyzny oraz solidarność z własnym narodem z szacunkiem dla innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw. Odpowiada mi taka definicja. Niestety, w Wikipedii dodano coś, co mnie w naszym patriotyzmie drażni „chęć ponoszenia za nią ofiar”. Wiem, że żyję w wolnym kraju dzięki tym, którzy walczyli o wolną Polskę i często w tej walce ginęli. Jestem  wdzięczna tym pokoleniom które broniły naszej suwerenności, tworzyły i chroniły historię i kulturę narodową, dając nam szansę na budowanie lepszej przyszłości. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że taka ofiara za wielką sprawę Ojczyzny jest w wielu kręgach pożądana niezależnie od tego czy jest konieczna. Retoryka obchodów świąt państwowych niezmiennie krąży wokół martyrologii i mesjanizmu narodu polskiego walczącego z nienazwanym lecz ponadczasowym wrogiem. Zwyczajna radość i  przeżywanie wspólnoty również w szczęśliwych momentach przychodzi nam z wielkim trudem. Dlatego kibicuję pomysłom Prezydenta, który próbuje przywrócić patriotyzmowi pozytywną, świeżą i wesołą twarz – wprawdzie Wiktor swój kotylion rozczłonkował w kilka sekund po przypięciu, ale radość i duma z jaką to zrobił przydałaby się wszystkim wczorajszym przemowom i przemarszom.
























Czy ja jestem patriotą? Z jednej strony uważam, że to, że urodziłam się w Polsce jest przypadkiem. Ale jednocześnie mam silne przekonanie o konieczności pielęgnowania dobrego imienia kraju, w którym żyję i narodowości, która jest moim udziałem. Za swoją powinność uważam dbanie o to, żeby „Polska” i „Polak” były kojarzone z jak najlepszymi cechami i wartościami. Nie czuję potrzeby stawania pod sztandarem jakiejkolwiek ideologii, opowiadania się za lub przeciw. Ja kocham Polskę za  język, Chopina i chleb. Czy jestem gorszym patriotą niż ten kto kocha ją za Powstanie Warszawskie, Jana Pawła II i Solidarność?
Wczoraj w radiu słuchałam dzieci, które opowiadały jak rozumieją patriotyzm. Zapamiętałam jedną wypowiedź „Po pierwsze trzeba naprawdę cieszyć się z tego, że się jest Polakiem, po drugie rzucać kaczkom w stawie chleb”. Dzieci rozumieją, że żeby być dobrym patriotą i Polakiem trzeba być po prostu dobrym człowiekiem. Żeby patriota kojarzył się z kimś kto dba o swój kraj i współobywateli, a nie jest tylko „panem na koniu” jak określił patriotę mały Krzyś we wspomnianej audycji...

PS. Latem jechałam z malutkim Wiktorkiem i moim bratem w długą podróż samochodem i kiedy ja, prowadząc, nie mogłam uspokoić mojego płaczącego syna, mój brat kilkanaście razy pod rząd zaśpiewał mu nasz hymn narodowy -  to jedyna (cenzuralna) polska „piosenka”, której słowa zna na pamięć.  Nie wiem jakim Wiktor będzie patriotą, ale jeżeli wierzyć w podświadomą chłonność niemowlęcego umysłu, to na pewno będzie znał słowa hymnu.

PS2 Patriotyzm to przekonanie o tym, że jakiś kraj jest lepszy od innych dlatego, że ja się w nim urodziłem George Bernard Shaw :)


Nuda.

Oj powoli wracam do internetowej formy - wyjazd do rodziców, choroba Wiktora, jego coraz większe rozdrażnienie spowodowane nieuchronnym ząbkowaniem i pierwszymi próbami raczkowania pociągnęły za sobą zastój weny i brak sił na pisanie. Zasiadałam do klawiatury pięć czy sześć razy i nigdy nie udało mi się niczego dokończyć - mam zaczętych kilka tekstów, które wprawdzie mają potencjał, ale nie mają żadnej konkretnej formy. Trudno, przyjdzie czas i na nie. No i na dodatek wszystkie zdjęcia Wiktora przedstawiają go w czasie rozentuzjazmowanych prób zjedzenia wszystkiego co ma pod ręką. Nuda, normalnie nuda.

Nie ma jak babcine ogóreczki.

Wiktorek był chory...

A raczej właśnie jest :( Mimo wszystko zachowuje godny podziwu optymizm i klasę. A Mama prosi czytelników o "pozdrowienne" myśli.

Super S.

Wyjeżdżamy na tydzień do rodziców, gdzie mogę mieć trochę problemów z internetem i weną, więc jeżeli będzie tu cicho, to proszę o wybaczenie. Na koniec tygodnia zdjęcia dzielnego Wiktora, który pokonuje coraz większe dystanse tuląc się do podłogi (na razie głównie do tyłu). Podziwiam jego siłę, determinację i niezłomną odwagę do zgłębiania tajemnic tego świata -  kto jak nie on zasługuje na ten znaczek?


A przy tym zachowuje spokój i nie epatuje dziką agresją jak mały IronMan zza oceanu...

Pierwsza konsumpcja

Wiktor jest już dużym chłopcem i za sobą ma pierwszy "niemamomleczny" posiłek. Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia do końca szóstego miesiąca karmiłam go wyłącznie piersią i nie mogłam się już doczekać chwili, w której zobaczę jak poznaje nowe smaki i cieszy się jedzeniem tak jak my :) Ponieważ  wizja miksowania w jedną papkę warzyw, mięsa, zbóż i owoców niekoniecznie do mnie przemawiała,  z radością przeczytałam o baby led weaning – metodzie podawania dzieciom pokarmów w postaci w jakiej występują w naturze, bez karmienia łyżeczką.


Twórcy tej metody (a raczej Ci, którzy ją opisali i nadali jej znamiona metody - bo przecież wiele osób na całym świecie od lat właśnie tak wprowadza dzieciom pokarmy inne niż mleko, nie wiedząc, że czynią to zgodnie z jakąś filozofią) wymieniają jej liczne korzyści: poprawia komunikację między rodzicem a dzieckiem, bo dziecko pokazuje co lubi, a czego nie, rozwija zmysły dziecka, bo nie pozbawiamy malucha radości jedzenia i cieszenia się fakturą, konsystencją, smakiem, zapachem,  dziecko ma szansę nauczyć się żucia, rozdrabniania, przełykania większych kawałków.  BLW usprawnia koordynację ręka-oko i rozwija zdolności motoryczne, a także eliminuje problemy z niejedzeniem zakładając, że jeżeli tylko dostarczymy dziecku pożywienie i stworzymy warunki do jego zjedzenia, to „zdrowy organizm się nie zagłodzi” i dziecko samodzielnie zadecyduje ile zje.

Brzmi super, ale pierwsze co przychodzi do głowy wszystkim rodzicom to, jak ma sobie to moje bezzębne stworzenie poradzić z kawałkiem jedzenia i nie zakrztusić się? Marta Sobiło, propagatorka metody w Polsce tłumaczy – „Owszem, dziecko zakrztusi się i to nie raz. Będzie się zakrztuszać zawsze, kiedy weźmie za duży kawałek, zanim nauczy się odgryzać tylko tyle, ile jest w stanie połknąć bez problemu. Jednakże zakrztuszenia te będą coraz rzadsze. Do tego są zwykle niegroźne – jest to element nauki jedzenia, dziecko uczy się cofać jedzenie z przełyku do ust i wypluwać. Krztuszenie się to odruch wymiotny, który pozwala usunąć kawałki jedzenia z dróg oddechowych, gdy są zbyt duże, by je przełknąć. Nie wydaje się to zanadto przeszkadzać dzieciom, które jedzą samodzielnie, i szybko, jakby nigdy nic, wracają do jedzenia.”



No to spróbowaliśmy i jesteśmy zachwyceni. Wiktor krztusił się, pluł i parskał, ale nawet na chwilę uśmiech nie schodził mu z twarzy. Niesamowita to satysfakcja patrzeć na dziecko, które cieszy się jedzeniem jak najlepszą zabawą i ochoczo testuje nowe smaki. Nasz synek rozkoszował się jesiennymi warzywami, a my, oszalali z ekscytacji i dumy robiliśmy mu dziesiątki zdjęć, na których udokumentowane jest jak z każdą chwilą staje się coraz bardziej upaprany i szczęśliwy. Na tacy przed nim ugotowane różyczki brokułów, fenkuł, awokado, dynia i słodki ziemniak – już widać, że lubi chłopak zielone, bo dynia i batat zostawia prawie nietknięte podczas gdy na dokładane przeze mnie brokuły rzucał się jakby nic przez tydzień nie jadł. Oczywiście większość tego co wziął do ręki wylądowała wszędzie tylko nie w brzuszku, ale i tak na razie to tylko uzupełnienie diety. Zgodnie z powiedzeniem „Food is just for fun until they are one”  (do roku jedzenie jest tylko zabawą). A niezjedzone resztki warzyw wyjedzą rodzice i wyjdzie im to na zdrowie!

PS Więcej o metodzie na http://www.babyledweaning.pl/



A gdybym miał cię zjeść...



Mniam Mama o buzi buzi.



moja piękna, twoje pocałunki są świeże jak arbuzy. Pablo Neruda

Tytuł bloga zobowiązuje, więc będzie o pocałunku. Kto z nas nie lubi się całować - podgryzać, kąsać, cmokać, zanurzać usta w ulubionych ustach i czuć delikatne drżenie całego ciała. Ach gdyby można było cofnąć się na chwilę w czasie i poczuć się jeszcze raz nastolatką, kiedy całowanie było ekscytujące jak już prawie nic nigdy później. Która dziewczyna nie całowała namiętnie własnego przedramienia (mam nadzieję, że nie tylko ja) żeby szkolić się w sztuce całowania? Ja nawet przysysałam się do lustra i ćwiczyłam zmysłowe miny żeby przekonać się jak będę wyglądać w oczach tego jedynego, który miał „usta me słodyczą ust swych skropić”. Na tego jedynego nie zaczekałam, bo okazało się, że całowanie jest modne i ogólnodostępne. Tuż po pierwszym pocałunku wakacyjnym z niemieckim kolegą z wymiany, jeszcze zanim Arek został moim chłopakiem (wiele czasu nie miałam, bo jesteśmy ze sobą od drugiej klasy liceum) rozcałowałam się na całego. W modzie była wtedy butelka i niezobowiązujące całowanie się przy „wolnych”, więc w moim towarzystwie wszyscy się ze sobą całowali. Z rozrzewnieniem wspominam tamte niewinne czasy kiedy się tylko całowaliśmy, otwarcie, bez zobowiązań, ale też ze świadomością, że jednak robimy coś niegrzecznego, zuchwałego i dzikiego. Te nastoletnie pocałunki miały w sobie taką niepowtarzalną świeżość i pikanterię, pociągały za sobą koleżeńską wymianę doświadczeń, listy „chłopaków, z którymi się całowałam” i porównywanie ich z koleżankami. Ksywy z mojej listy: Gucio, Irek, Snurek, Szuta, Jagoda i „kolega Jacka z Wrocławia” nie mówią mi wprawdzie dzisiaj wiele, ale są namacalnym dowodem na to, że pierwsze lata liceum spędziłam wesoło i produktywnie, doskonaląc kunszt całowania, który w tej uzyskanej doskonałości mogłam potem zaprezentować mojemu obecnemu mężowi. I tak jak tym pierwszym pocałunkom towarzyszy przede wszystkim dreszcz niepokoju, podniecenie nową sytuacją i osobą, tak całowanie się z ukochaną osobą „na co dzień” jest czymś zupełnie innym. Daje nam ciepło, poczucie bezpieczeństwa, przypomina o czułości jaką obdarza nas partner i zwyczajnie sprawia przyjemność. Czasem między obiadem a prasowaniem proszę Arka żeby mnie pocałował „tak na filmowo”, namiętnie, z przechyleniem i obrotem nawet.
No więc jeżeli istnieje terapia śmiechem, a nawet joga śmiechu, to chyba warto promować też rekreacyjny pocałunek. Bo korzyści z całowania mnóstwo - to pobudka dla naszych hormonów, nerwów i mięśni. W głębokim, namiętnym pocałunku aktywują się mięśnie całego ciała, szyi, barków, pleców, 33 mięśnie twarzy, dolna szczęka…Podczas pocałunku spalamy od 3 do 12 kalorii na minutę w zależności od naszej wagi oraz stopnia namiętności pocałunku. Daje to nawet do 720 spalonych kalorii na godzinę! Pocałunek jest zdrowy dla zębów, bo w oczekiwaniu na ust zbliżenie produkujemy duże ilości śliny, która rozpuszcza osad i utrzymuje nasze zęby w czystości. Dla zdrowia całujmy się zatem jak najczęściej i jak najwięcej nie zapominając, że i w tym możemy się doskonalić, na przykład ćwicząc język. Mniam Mama podpowiada jak :)

                                                                                                                  

Ćwiczenie praktyczne z zakresu doskonalenia umiejętności językowych, które pomoże Wam wprawić w osłupienie znajomych na nudnym przyjęciu i przyjemnie nakręcić partnera. Ci co znają mnie osobiście wiedzą, że były czasy kiedy lubiłam popisywać się pewną frywolną sztuczką z czereśniowym ogonkiem. Dzisiaj zdradzę Wam jakie to łatwe:
1. Wybierz możliwie najdłuższy i nieuszkodzony ogonek wiśni lub czereśni, poza sezonem może być ogonek wisienki koktajlowej albo nawet gumka recepturka...
2. Włóż go do ust i zegnij go za pomocą języka mniej więcej w połowie długości robiąc z ogonka „U”.
3. Lekko cofając język i używając tyłu przednich zębów jako stabilizatora, skrzyżuj końce ogonka tworząc „X”
4. Przytrzymaj jeden z końców tego „X” zębami, a z pomocą języka i dolnych przednich zębów wepchnij drugi koniec do środka pętelki
5. Kiedy już zrobisz w ustach pętelkę, uwolnij drugi koniec z zębów i wyciągając z ust zawiązany ogonek zaciśnij mocno pętlę.


6. Gotowe. Pamiętajcie o utrzymaniu zmysłowego napięcia.

Może nie wyjdzie za pierwszym razem, ale warto ćwiczyć kochani moi.  Oj warto.

                                                                                                           

Szósty list

Kochany Wiktorku,

Dzisiaj Twoje pierwsze pół-urodziny. Jesteś z nami już sześć miesięcy, 183 fantastyczne dni. To, jak zmieniłeś nasze życie na lepsze jest dla mnie niezmiennie zdumiewające. Bo chociaż kiedyś mogliśmy robić wszystko co tylko byśmy chcieli, zawsze wtedy kiedy tego chcieliśmy, to jakoś nam się za bardzo nie chciało. Byliśmy z Tatą trochę znudzeni, czas przepływał nam przez ręce i dni mijały jeden podobny do drugiego. Teraz każdy dzień niesie jakieś zaskoczenie, jakąś niesamowitą przygodę, której jesteś głównym bohaterem. Bezgraniczne zaufanie jakim mnie obdarzasz, euforia, zachwyt i nieskończona radość z jaką mnie witasz o każdej porze uzależnia. Kiedy trzymam Cię w ramionach to czuję tak silną miłość, że chciałabym Cię zjeść, zacałować i mieć przy sobie takiego na zawsze. Na szczęście wiem, że czas na rozpieszczanie jest właśnie teraz, bo już za kilka miesięcy, żeby uchronić cię przed frustracją i rozczarowaniem, będziemy musieli zacząć pokazywać Ci zasady jakie rządzą tym światem. Nie wszyscy Synku będą cię tak kochać jak my. Nie wszyscy będą się Tobą zawsze zachwycać. Nie zawsze każdy Twój uśmiech i każde parsknięcie będzie wywoływać dziki zachwyt. Wiem, że dla Twojego dobra i ja będę musiała nauczyć się obiektywności. I przypominać sobie przypowieść o Narcyzie:

Powiadają, że młody myśliwy Narcyz był tak przystojny, wspaniale zbudowany i atrakcyjny, że kochały się w nim wszystkie nimfy i dziewczęta. Jednak Narcyz, nadmiernie rozpieszczony przez matkę, serce miał chłodne i nieprzystępne - nie obchodziły go zaloty, łamał serca tym, które go otaczały. W końcu zranione dziewczęta postanowiły dać młodzieńcowi nauczkę. Poszły do samej bogini Afrodyty - patronki miłości, wdzięku i gwałtownych uczuć, która wysłuchała skarg i zdecydowała się ukarać niewrażliwego Narcyza. „Niech ten, który nikogo nie kocha, zakocha się w samym sobie”

Pewnego dnia, kiedy wracał z polowania, Narcyz nachylił się nad gładką taflą jeziora, aby napić się wody. W tym właśnie momencie zobaczył tak piękną twarz, że natychmiast się zakochał. Serce biło mu gwałtownie w piersi i pomyślał sobie, że nie popełnił pomyłki czekając na miłość, bo oto w końcu znalazł miłość godną siebie. Nic już go nie obchodziło, nic nie było ważne, tylko ta piękna twarz, odbita w jeziorze - przesiadywał tam całymi dniami, wpatrując się w urzekające rysy i szepcząc czule, ale kiedy tylko próbował objąć czy pocałować obiekt swoich uczuć, poruszone fale mąciły się i odbicie znikało mu sprzed oczu. Nie mogąc połączyć się w miłosnym uścisku z tą ulotną, ukochaną istotą, Narcyz oszalał i z rozpaczy zanurzył sztylet w swojej piersi.


Wiktor, pamiętaj, że najważniejsza w życiu jest miłość.

Mama

P.S. Komu jak komu, ale matce przecież powinno być łatwo pokazać dziecku, że największym szczęściem jest kochać kogoś...



Z inspiracji Katarzyną Cichopek. A tak!

Jestem kobietą, jestem mamą i podobno jestem też seksowna. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok książki wołającej do mnie wielkim fioletowo-różowym napisem „Sexy Mama – bo jesteś kobietą”.

 Po pobieżnym przekartkowaniu świeżutkiej książki Kasi Cichopek chylę czoła przed jej biznesowym sprytem i wyjątkowo produktywnym wykorzystaniem popularności. Gwiazda hitów serialowych i rozrywkowych, szybko stała się ulubienicą Polaków widzących w niej uosobienie córki i synowej idealnej – zawsze uśmiechnięta, ułożona, czyściutka i pachnąca. Teraz, po urodzeniu dziecka i zrzuceniu ciążowych kilogramów jako Sexy Mama dzieli się zdobytą wiedzą ze statystycznie zapuszczonymi i niepewnymi siebie Matkami Polkami. I dobrze. W naszym kraju wiemy już, że można rodzić po ludzku, ale dbanie o komfort fizyczny i psychiczny matki jest cały czas na dalszym planie. Cieszę się, że ta książka powstała, bo chociaż nie jest specjalnie odkrywcza ani ładna to zapoczątkowała coś dobrego. A mnie zainspirowała do stworzenia własnej super bohaterki, która skopie Sexy Mamie wymodelowany tyłek i zamiast porad jak pozbyć się żylaków czy po czym poznać źle dobrane spodnie z afektem wgryzie się w tematy bliskie duszy i ciału kobiety żyjącej zmysłowo. Będzie o jedzeniu, seksie i tańcu. O tym jak zapewnić sobie odpowiednie dawki endorfin na nadchodzące jesienno-zimowe ciemne dni i jak cieszyć się naszą dziką duszą, przytulnym ciałem i jego możliwościami.

Uważajcie więc Wy próbujący stłamsić nasze odwieczne prawo do wszelkich doznań zmysłowych i usiłujący nas przekonać, że krew jest niebieskim płynem, dywan w domu z dziećmi może być śnieżnobiały, a głód można zajeść sałatą. Nadchodzi Mniam Mama – kobieta, która nie traci zmysłów! Na ekranach Waszych komputerów już od najbliższej niedzieli ;)


Rozgrzewam. Za darmo.

Lekko wyziębiona długim spacerem w Łazienkach z Agą i małą Mią przeglądałam dla rozgrzania swoje dawne zdjęcia z czasów tanecznych (bo mnie do tańca ciągnie znów) i oto co mnie uderzyło. Można zmieniać kolor i długość włosów, ubierać się w pióra i cekiny albo zwykłą kurtkę, tyć, chudnąć i rodzić dzieci, a w obiektywie ukochanego mężczyzny nie zmieniać się mimo upływu lat. Zdjęcia dzielą dwa lata i wiele zmian...

PS. Na zdjęciu widać, że Wiktor odziedziczył po mnie flirtujący uśmiech "z języczkiem". Będzie mu w życiu łatwiej :)


Tablica inspiracji

Od kilku lat regularnie tworzę swoje „inspiration boards”, czyli wyklejanko-przypinanki na lodówce, które odzwierciedlają moje inspiracje, aspiracje, nastroje i marzenia. Ekspozycja zmienia się co jakiś czas, zazwyczaj z porą roku, czasem szybciej z odchodzącym samopoczuciem. Mam też zatrważającą liczbę ukochanych notesów, w których wklejam to co mi wpadnie w oko, rozbawi, zachwyci, oczaruje, niesie jakiś mocny ładunek czy przyjemne skojarzenia. Notesy się prawie zapełniły, lodówce przyda się porządne mycie, więc częściowo spróbuję to samo robić tutaj, bez plam po kleju i tych małych, wkurzających paseczków papieru, które zostają po pracy nożyczkami. Zobaczymy.

Taka tablica inspiracji może okazać się pewną formą autoterapii, pomóc w zrozumieniu siebie, spojrzeniu  na siebie z innej strony.Czasem, mimo pozornie błahej tematyki, jakieś zdjęcie pomaga nam uświadomić sobie coś czego o sobie nie wiemy albo do czego nie potrafimy się nawet przed samymi sobą przyznać. Był taki moment w moim życiu kiedy notes zapełnił się zdjęciami uwodzicielskich kobiet, ubranych w jedwabie, koronki i czarne tiule, w zmysłowych pozach z rozchylonymi krwistoczerwonymi ustami. Tęskniłam wtedy do wielkich namiętności, niczym Emma Bovary wierząc, że jest gdzieś uczucie idealne, zawsze gorące i pełne niegasnącej żądzy. W swojej niedojrzałej jeszcze świadomości samej siebie myślałam, że chcę być taką kobietą jak te, których zdjęcia wycinałam z gazet. Trzecia żona wybitnego marszanda-erudyty i paryska kochanka awangardowego malarza, w oparach opium sącząca absynt recytuje Hymn do Piękna Baudelaire’a:  "Nieważne, czy cię począł Bóg czy bies w otchłani, czy lśnią welurem oczu wstydy czy bezwstydy, jeśli ujmiesz, jedna królowo i pani, choć trochę nędzy życiu, a światu ohydy." Pozorne piękno i ekscytacja bynajmniej nie ujęły memu światu ohydy, raczej doprowadziły mnie na skraj rozpaczy, wprowadziły w moje życie żal i wstyd.  Przeglądając te zdjęcia pewnego dnia zrozumiałam, że tak naprawdę patrzę na kobiety smutne i nieszczęśliwe, ciągle tęskniące, nienasycone, niespełnione i niepełne. Czuję teraz ogromne szczęście i ulgę, że w porę zrozumiałam, że mam inną drogę.

Nie znaczy to jednak, że na mojej tablicy wiszą teraz same zdjęcia mam w błękitnych kardiganach z gromadką różowych bobasów upakowanych w eleganckiego beżowego SUV-a. W głębi duszy widzę przecież siebie mieszkającą w kolorowym namiocie, przywołującą gromadkę umorusanych, szczęśliwych dzieci za pomocą pieśni i przytroczonego do biodra tamburynu :) W mojej wyobraźni bywam dziką Carmen, tańczącą wokół ogniska w falbaniastej, kwiecistej spódnicy, rzucającą powłóczyste spojrzenia i ogniste całusy. Innym razem, włóczę się w jedwabnej sukni po marokańskim suku i daję sobie henną malować na skórze kwiaty i tajemnicze zaklęcia. Albo gdzieś na bazarze w Delhi śledzę mijający mnie różnobarwny tłum, przymierzam bajecznie kolorowe sari, a bransolety mi brzęczą nieziemsko.  Na szczęście miejsce przydymionych, zapłakanych oczu i czarnego tiulu zajął kolor, radość i życie.

Gdybym na codzień mogła wyglądać jak uradowane tribalowe tancerki z Urban Gypsies!















I tak na mojej "wizerunkowej" tablicy inspiracji wiszą teraz (luksusowo będzie):

- etniczne esy floresy (Etro)




















- sukienki, tuniki, cała stylistyka Diane von Furstenberg


















 
 - apaszki i szale Hermesa














- kolorowe cuda Kenzo















Wśród klocków i groszków.

Oj bawię się po nocach zamiast spać... Dobranoc.

Październik, więc w temacie piersi.

W zeszłym tygodniu byłam na spotkaniu organizowanym przez wydawnictwo Mamania (świetne książki z nurtu rodzicielstwa bliskości) dotyczącym karmienia piersią. Gośćmi spotkania były Olga Frączak-Faure z Fundacji Mleko Mamy i Elżbieta Bartha, doradczyni laktacyjna. Dyskusja, chociaż w gronie zdeklarowanych matek karmiących, które nie musiały się do niczego przekonywać, była dla mnie bardzo ciekawa, bo nie wiedziałam, że to tak kontrowersyjny temat. Po spotkaniu poczytałam sobie trochę w sieci i już wiem, że karmienie to kolejna podszyta piersiami sprawa, która budzi tak gorące emocje, tym razem wśród kobiet. Na wpisane w google „uwielbiam karmić piersią”, pokazało się zdecydowanie więcej stron mówiących „nie lubię karmić piersią” i „karmienie mnie obrzydza”. Fora internetowe pełne są wyznań kobiet, które świadomie rezygnują z karmienia piersią na rzecz wolności – nie ograniczania się w jedzeniu i piciu, wychodzenia o dowolnych godzinach i zostawiania dziecka z dowolnym opiekunem. Gorąco komentowaną kwestią jest też publiczne karmienie, a wielokrotne używanie w tym kontekście słowa „obrzydliwe”  naprawdę mnie poruszyło. Jednocześnie wiele wątków porusza  temat „terroru laktacyjnego”, niekompetentnych lekarzy i położnych, które zamiast pomagać młodym mamom tylko wpędzają je w olbrzymie poczucie winy i zastraszają okrutnymi konsekwencjami przejścia na butelkę. Nie wiem czy rzeczywiście lekarze i położne wywierają taką ogromną presję na matki, ale jeżeli tak, to mogę to zrozumieć. Taka rola lekarzy żeby promować to co najlepsze dla matki i dziecka i uświadamiać to co nieuświadomione. Inna sprawa, że zbyt mała jest jeszcze edukacja lekarzy i za mało jest wykwalifikowanej pomocy dla kobiet, którym karmienie nie idzie łatwo. Poradnie laktacyjne są płatne, nasze mamy i teściowe nie potrafią nam pomóc, bo w czasie kiedy one karmiły nas promowane były sztuczne mleka, karmienie piersią było śmiesznym reliktem przeszłości i mało komu udało się tej nowoczesności oprzeć i karmić naturalnie.

Z jednej strony rozumiem złość i rozgoryczenie kobiet, które nie karmiąc piersią, czują się za to atakowane. Często chcą karmić, ale po tygodniach bardzo bolesnych prób i znoszenia rozpaczliwego płaczu stale głodnego dziecka poddają się ulegając podszeptom rodziny i lekarzy wskazujących na za niskie przyrosty wagi. Mało kto ma w sobie tyle siły i determinacji żeby przetrwać koszmarne chwile i wierzyć, że z czasem laktacja się unormuje. Współczesna nauka udowadnia, że z bardzo małymi wyjątkami, karmić w całości piersią może większość matek (nawet te adopcyjne!!), konieczna jest tylko odpowiednia pomoc i edukacja. Tak często powtarzane przez tłumaczące się z nie-karmienia mamy zdanie „Mam prawo do wyboru” jest prawdą, ale jest też druga strona – dzieci mają prawo do najlepszego mleka. A to zawsze jest mleko mamy. Jednak dopóki nie poprawi się jakość edukacji i dostęp do prawdziwych informacji na temat najlepszych sposobów żywienia naszych dzieci nie można mieć nikomu za złe, że nie karmi piersią. Ale to nie znaczy, że nie można mówić głośno co jest najlepsze.

Ciekawe swoją drogą, że lekarze pracujący w szpitalach tak bardzo namawiają do karmienia, a później pediatrzy tak łatwo przekonują osłabione mamy do dokarmiania i przechodzenia na mieszanki. Dezinformacja jaka panuje na temat karmienia i stopniowego rozszerzania diety jest ogromna, dostęp do udokumentowanej naukowo wiedzy, częściowo ułatwiony dzięki Internetowi, jest wciąż niewielki. Ciągle pokutują nieprawdziwe, pseudonaukowe porady dotyczące wprowadzania pokarmów w czwartym czy piątym miesiącu i podawania glutenu. Jak skuteczne muszą być lobby producentów kaszek i słoiczków, że promowane przez lekarzy i publikacje schematy żywienia w Polsce różnią się od tych zalecanych przez Światową Organizację Zdrowia – wg WHO sześciomiesięczny okres wyłącznego karmienia piersią to czas optymalny, a wprowadzanie pokarmów stałych powinno mieć miejsce dopiero po osiągnięciu przez dziecko tego wieku. Wtedy też jest jeszcze czas na naturalne wprowadzenie glutenu (i to na przykład lepiej przez żucie skórki chleba niż sztuczne dodawanie kaszki manny do przecieranych potraw). Temat rzeka.

PS No i teraz nie wiem czy ja akurat miałam szczęście, a może po prostu zaczarowałam sobie szczęśliwe karmienie, bo zwyczajnie nie wyobrażałam sobie innej drogi. Nie mam wielu mam wśród bliskich koleżanek i nie znałam dostępnych opcji, nie wiedziałam, ze jest jakiś wybór. Wydawało mi się, że po mleko zastępcze (jak sama nazwa wskazuje) sięga się tylko w ostateczności, jak nie ma już żadnych szans na karmienie piersią. Zdawałam sobie sprawę z początkowych trudności, a dzięki poradom mojej niezastąpionej Kasi byłam przygotowana na chwilowe załamania i pokusę dokarmiania w chwilach słabości. Uwielbiam karmienie piersią i każdej mamie tego życzę.

Można trochę popłakać...

..ze wzruszenia. Ja tam kilka łez uroniłam i tak mi z tym dobrze. Miły film, w którym zapytano kilkanaście matek o to co powiedziałyby sobie samym gdyby mogły cofnąć się do czasów zanim na świecie pojawiły się ich dzieci. Moje ulubione to: 1) Masz prawo się bać 2) I to kiedyś przeminie 3) Już niedługo przekonasz się co znaczy prawdziwa miłość.

A co ja bym powiedziała? Nie zmieniaj się za bardzo - stajesz się matką, ale zostajesz sobą.

Zachorowana wciąż.

Dalej choruję, boli mnie gardło i czuję się totalnie rozwalona. Marudzę Arkowi, przypalam obiad i różnorodne przedmioty lecą mi z rąk. Przy okazji zaczyna mi się tworzyć w głowie lista rzeczy, które nie są fajne w macierzyństwie. Słodko na tym blogu bywa, więc kilka słów o bardziej upierdliwej stronie przebywania non-stop z najcudowniejszym małym człowiekiem na świecie:
1-    na czasie, a jakże – chorowanie nie daje żadnej przyjemności. Z czasów przed Wiktorem pamiętam całkiem błogie chwile kilkudniowego chorowania, kiedy pod kocykiem, z ciepłą herbatą, gazetką i pilotem wygrzewałam obolałe członki, a opiekuńczy mąż donosił łakocie i witaminy. Teraz pozwoliłam sobie na leżenie tylko w niedzielę kiedy wysoka temperatura złamała mi kości, a i tak wstałam żeby zetrzeć z dywanu świeżą plamę po wylanym wielkim kubku herbaty, którego ze słabości nie umiałam utrzymać w ręce…
2-    w odstawkę poszły moje ulubione ubrania z jedwabiu i wełny, bo w kontakcie ze śliną, ulewanym mlekiem i stale ostrymi pazurkami najlepiej sprawdzają się szybkoschnące i nie budzące sentymentów bawełniane szmatki w neutralnych kolorach.
3-    „wyjście na chwilę, do sklepu obok” nie istnieje. Każde wyjście z domu, teraz gdy zimno, poprzedzone jest co najmniej kilkunastominutowym procesem przygotowawczym, w trakcie którego, w określonej kolejności  najpierw nakładam na Wiktora kilka warstw odzienia i znienawidzoną czapkę, potem ubieram się sama, a on unieruchomiony przez odzież obserwuje mnie z wyrzutem.


Lista będzie się z pewnością wydłużać – jakie są Wasze propozycje?



 A Wiktor się słodko uśmiecha, jak gdyby nigdy nic..

No i jesień przyszła...
















Jestem chora od soboty i  dzisiaj wieczorem czuję się dużo gorzej niż dzisiaj rano. Czy drastyczna zmiana symptomów z gorączki i lekkiego swędzenia gardła na odrętwiający ból przy przełykaniu oznacza, że zdrowieję czy wprost przeciwnie?
PS. Na szczęście Wiktor silny i zdrowy.

Mam przy sobie mamusię i nie zawaham się jej użyć!




na oku cię mam

Wiele razy dziennie powtarzam Wiktorowi – zawsze będę cię kochać, zawsze będę z Tobą, zawsze…Ale przecież go okłamuję. Właśnie teraz dwie bliskie mi osoby są w bardzo trudnej sytuacji – jedna kilka dni temu straciła ojca, druga walczy z jego ciężką chorobą, w każdej chwili przygotowana na tę najgorszą z wiadomości. Strata rodzica jest czymś strasznym, niezależnie od wieku, w którym nas to spotyka. Nawet jako mocno dorośli nigdy nie jesteśmy tak naprawdę gotowi na to ostateczne porzucenie. W jednej chwili znowu stajemy się małymi, strachliwymi dziećmi, bezradnymi, pozbawionymi schronienia i ukojenia. Coś czego obawialiśmy się całe życie, od chwili, w której uświadomiliśmy sobie, że mama i ja to nie to samo - stało się. A mieli być z nami na zawsze.

W najnowszym Zwierciadle felieton Katarzyny Miller o samotności i porzuceniu. W taką pogodę jak dziś Wiktor cały dzień wisi mi na piersi na przemian podsypiając i marudząc. Czytam co pisze Miller i ogarnia mnie egzystencjalny smutek : „To właśnie koszmar bycia porzuconym kojarzy nam się z samotnością i nas przeraża. Odszedłeś nagle, nie wiem dlaczego, przecież miałeś już być, zostać na zawsze i ukoić mój ból. Ból porzucenia oczywiście. Czemu to tak wszechobecne? Bo tak naprawdę porzuceni byliśmy wszyscy. Raz a dobrze. Wtedy gdy rodzice pierwszy raz potraktowali nas jak kogoś obcego, kogoś, kogo się nie lubi, kto się nie podoba, nie spełnia oczekiwań, sprawia kłopot, irytuje, złości, wzbudza niechęć, nienawiść, wstręt.”. Czy da się tego uniknąć? Od czego zależy czy dobrze czujemy się sami ze sobą i cierpliwie znosimy opuszczenie i chwile osamotnienia? Ile zależy od indywidualnych skłonności i temperamentu a ile od tego w jaki sposób rodzice przeprowadzali nas przez trudne chwile i następujące po sobie straty – rozdzielenie z matczynym brzuchem, odstawianie od piersi, pierwsze samodzielne chwile w przedszkolu i szkole, frustracje dojrzewania?
Nowonarodzone maleństwo radzi sobie na tym olbrzymim, dziwnym świecie za pomocą tzw. „narcystycznej omnipotencji”, czyli urojonego przekonania, że nie jest zależne od nikogo i samo daje sobie radę. Ten okres pierwotnego, naturalnego narcyzmu kończy się z chwilą, w której dziecko zdaje sobie sprawę, że jest odrębną istotą, zależną od innych. Wtedy zaczyna odczuwać lęk, że na zawsze utraci osobę, która się nim opiekuje. Ten lęk separacyjny, ból i tęsknota za kimś kogo potrzebujemy zostaje z nami na całe życie i nie da się go uniknąć. Jest potrzebny żeby dziecko wyrobiło w sobie niezależność, wiarę we własne siły, umiejętność radzenia sobie samemu, zrozumiało istotę odchodzenia, rozstania, wreszcie śmierci. Każda strata, szczególnie tak bolesna jak strata rodzica to konfrontacja z tym lękiem, ale też okazja do „przepracowania” go i przekucia w siłę.

Ważne jest żeby po bolesnym upadku, tak jak ma to miejsce w dzieciństwie, wstać, otrzepać kolana i z dziecięcą ufnością i gotowością na nowe doświadczenia pognać dalej przed siebie. Spokojnie świadomi, że wszystko na tym świecie ma swój początek i koniec.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...