Mniam Mama i gitara basowa



Zbierałam się z tym tekstem i zebrać się nie mogłam od weekendu. Nie narzekam, bo zajęta byłam nadrabianiem zaległości filmowych i bardzo mi było dobrze na kanapie z Arkiem, przysypiającym Wiktorem, wielką tabliczką mlecznej czekolady i nowo zakupionym szarym szalem. Nadrabiałam też zaległości w tuleniu się do mojego mężczyzny, którego przez cztery dni i trzy noce w domu nie było. Wyjechał, a ja tęskniłam bardzo. Najbardziej w weekend kiedy spędzamy ze sobą najwięcej czasu, a jego pomoc i wsparcie jest dla mnie najbardziej drogocenne. Cały tydzień czekam na te nasze wspólne długie wygrzebywanie się z łóżka, przeciąganie i przeczołgiwanie Wiktora po nas aż zdecydujemy się podnieść i zacząć wspólny dzień. Czekam na długie śniadanie z kawką z miodem, mistrzowsko przygotowanym prze Arka puszystym omletem lub cieniutką frittatą z mnóstwem dodatków i nieśpieszne zastanawianie się „co będziemy dzisiaj robić?”. Czasem w tle powtórki „Na Wspólnej” albo lekki jazz w Radiu Pin. Cały tydzień czekam na nasz wspólny spacer, a jeszcze bardziej na ich męski spacer (lub samochodową przejażdżkę), bo wtedy mam czas tylko dla siebie. Czas na długą kąpiel (bez nasłuchiwania czy sobie dobrze radzą beze mnie), buszowanie po sklepach i przymierzanie wszystkiego co mi wpadnie w ręce (bez  wiercącego się obciążenia w chuście) czy kawę z kimś dawno niewidzianym (bez troski o rozrywkę dla mojego raczkującego wszędzie łobuziaka). Krótkie kilka chwil z dawnego życia, ale dzięki nim odżywam. Cały tydzień czekam na nasze wspólne weekendowe wieczory przy winku, kiedy celebruję ten jeden dozwolony kieliszek i cieszę się humorem mojego męża, który po ciężkim tygodniu i zmęczeniu wczesnego wstawania upija się rozkosznie szybko i równie szybko błogo odpływa.

Cały tydzień czekam na niedzielne przedpołudnie kiedy zazwyczaj robimy zdjęcia do mniam mamy, kiedy światło jest najlepsze, a i Wiktor naładowany sobotnią obecnością taty ma najlepszy nastrój. I chociaż sprzeczamy się regularnie przy robieniu tych zdjęć, bo ja często nie wiem czego chcę, a warunków do robienia zdjęć nie mamy żadnych, więc się fotograf irytuje, to ten weekend bez tych sprzeczek był smutny i nudny. Zdjęcia zrobiłam sama i są świetną ilustracją do jakże trafnego, wymyślonego na potrzeby sytuacji, powiedzenia, że dobry fotograf na blogu jest jak gitara basowa – nie wiesz, że jest dopóki nie przestanie grać. Moje zdjęcia „z ręki” może i mają swoisty urok, ale gdzie dusza i wartości artystyczne?

3 komentarze:

Desperate Househusband pisze...

Piękna metafora z tą gitarą basową. Naprawdę :-)

Pozdrawiam

kissgotmethis pisze...

Aprobata dążącego do prawdy absolutnej - bezcenna :)

Desperate Househusband pisze...

I fana gitar, potrafiącego docenić dobry bas :-)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...