Zaczęło się od pocałunku

„Nie ustaniemy w poszukiwaniu,
A kresem naszych poszukiwań
Będzie dojść do punktu, z któregośmy wyszli
I poznanie tego miejsca po raz pierwszy.” (T.S. Eliot)

Dokładnie rok temu w późnych godzinach wieczornych powołaliśmy na świat istotę, która śpi teraz słodko obok mnie jak to piszę. To jednocześnie abstrakcyjne i tak namacalne – niezwykłe... Na dziecko byłam przygotowana już kilka dobrych lat. Byliśmy z Arkiem kilkanaście lat razem, pięć lat po ślubie i naprawdę dobrze dobrani do życia razem. Jednak coś nie działało. Pomimo obustronnych chęci (no może po mojej stronie większych), nie dane nam było doświadczyć efektu "dwóch kresek". Na szczęście założyliśmy, że co ma być to będzie i nie wpadliśmy w szalony czasem krąg marzących o biologicznym dziecku i skoncentrowanych tylko na reprodukcji niespełnionych rodzicach. Wiedziałam, że jak nie wyjdzie nam naturalnie, to za jakiś czas adoptujemy. Poszliśmy oczywiście do lekarza się przebadać żeby wykluczyć czysto biologiczne przeszkody, ale badania wykazały, że on jest naładowany jak trzeba, a ja, chociaż bez zdrowotnych przeciwwskazań, to mam galopujący poziom prolaktyny, która skutecznie uniemożliwia mi tymczasowo zostanie matką. Lekarz zapisał mi kilka tabletek na obniżenie, podniesienie, zredukowanie i podkręcenie nie pamiętam już nawet czego. Poczytałam trochę o prolaktynie i jej zwiększonym poziomie i zewsząd wyglądało na mnie słowo „stres”. Stres – ale gdzie, w pracy, w domu, wszędzie? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale podświadomie czułam, że mam jakiś problem do rozwiązania, coś co blokuje mnie i być może chroni potencjalne dziecko przed neurotyczną mamą. Szczególnie, że w wielu aspektach nie czułam się spełniona i na miejscu. Dlatego postanowiłam nie brać tabletek i zacząć od głowy. Teraz, z perspektywy, mogę o tym pisać i mówić spokojnie, ale to były trudne chwile. Kiedy rozpoczynałam zmiany, to chciałam osiągnąć spokój, pewność siebie, zaufanie do własnej intuicji i szacunek dla własnych wyborów. Chciałam raz na zawsze zerwać z szarpanymi, infantylnymi emocjami, niedojrzałością mojego zaangażowania w relacje z innymi, zrozumieć dlaczego pakuję się w dziwne znajomości, często desperacko pragnąc czyjejś adoracji i zainteresowania, dlaczego nigdy nie jestem szczęśliwa tu i teraz. Bo chociaż mam cudownego męża i najlepszego przyjaciela, to wydaje mi się, że gdzieś, z kimś byłabym szczęśliwsza.

Mamy za sobą gigantyczny staż razem, kiedy zaczynaliśmy „chodzić” ja nosiłam nietwarzową grzywkę, która niestety nie przykrywała koszmarnych czarnych okularów typu lenonki, a on nosił wybrany prze mamę wysoko zapinany blezer w kolorze nienajświeższej musztardy i dumnie prezentował sypiący się wąsik. Mimo, a może właśnie dzięki, tej kompatybilnej nieatrakcyjności wczesnych lat dziewięćdziesiątych zrobiło się nam po drodze. Przypieczętowany gorącym pocałunkiem spierzchniętych zimowym wiatrem ust związek rozciągnął się na kolejnych 17 lat. Lat, w ciągu których było różnie, jak to w związku. Zdarzały się zewnętrzne fascynacje i chwile zwątpienia, ale zawsze na końcu wiedzieliśmy, że tylko to co między nami jest prawdziwe i ważne. Dlatego wiedziałam, że żeby dojść do ładu ze sobą muszę przejść przez trudny proces i dotrzeć do źródeł. Bolało, ale patrząc teraz na moją rodzinę, nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie zrobić. Dlatego wiedziałam, że muszę dojść do ładu ze sobą, a żeby to się stało muszę przejść przez trudny proces samopoznania i dotrzeć do źródeł. Zrobić krok w dół i wierzyć, że „znajdzie się ziemia, na której stanę albo dane mi będą skrzydła”. Rozpoczęłam psychoterapię, która dała mi wgląd w przeszłość, pomogła mi zrozumieć motywy moich decyzji i wyborów, podejście do małżeństwa i pracy, a także przyczyniła się do przełamania irracjonalnych lęków i zwalczenia ograniczeń, które sama sobie narzuciłam. Wspierałam się jogą i technikami oddechowymi, które dały mi siłę i nauczyły mnie odnajdowania dystansu do własnych obaw i zewnętrznych wpływów. Zwolniłam nieco w pracy i dałam sobie czas wolny od nadmiernych „obowiązków” towarzyskich. Przez kilka miesięcy skupiłam się na sobie i z pełnym zaangażowaniem grzebałam w swojej duszy. Ponieważ nie robiłam tego z premedytacją zajścia w ciążę, a raczej z myślą o ratowaniu siebie, na pozytywny test ciążowy zareagowałam jednoczesną euforią i przerażeniem. Sama z siebie bym nawet nie zrobiła testu, gdyby nie sugestia Arka, że coś jest nie tak, bo moje napięcie przedmiesiączkowe trwa wyjątkowo długo i dłużej moich humorów i chimer znosić nie chce. Zerkając na świeżo zainstalowaną na ukochanym iPodzie aplikację wspomagającą planowanie rodziny (a tak, jest coś takiego, pomaga nawet zaplanować płeć dziecka :)!) zwrócił moją uwagę na fakt, że okres spóźnia mi się już 10 dni a ja, po raz pierwszy w życiu tego nie zauważyłam! Ciąża i urodzenie Wiktora nie są na pewno końcem mojego procesu, bo wiele jeszcze spraw przede mną do rozwiązania, ale teraz silniej niż kiedykolwiek wierzę swojej intuicji i bardziej ufam sobie. A to najważniejsze.

12 komentarze:

AMSAH pisze...

Ewuś, napisałaś to wszystko tak pięknie .....!
Aż łza zakręciła mi się w oku .....
Może powinnam pójść Twoją drogą bo mam wrażenie że moje myśli skupione są na mało istotnych rzeczach a to co najważniejsze ucieka mi przez palce .....

Buziaki!

gbryja pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
gbryja pisze...

Ciekawy, mobilizujacy list. Ciesze sie, ze sie tak zmienilas, bo pamietam jak bylo wtedy.

Love
B

Belrespiro pisze...

Czasami wydaje mi się, że to było lata temu, albo, że to jakaś inna osoba była... Potrzeba do tego wszystkiego determinacji, ale też jakiegoś punktu zwrotnego, momentu, w którym mówisz "Dość", wybór wtedy jest prosty. Jak w piosence Smolika "Dreams" - Sinful, daunted and left alone in disgrace, I know that it would have been my case if I hadn't embraced myself for the moment of truth".

cohearance pisze...

fantastyczny post. daje do myslenia. a zdjęcie dziadka z wnuczkiem z kolejnego -przecudne.

Anna pisze...

Mam nadzieje, ze nie znudzi Ci sie pisanie tego bloga i bedziesz nasz raczyla takimi postami jeszcze dlugo. Inspirujacy wpis.

Magda pisze...

Ciesze sie Ewa, ze zrobilas krok do przodu, ze coraz bardziej odnajdujesz sie w zyciu, odnajdujesz siebie. Pamietam Twoje pierwsze kroki w kierunku zmian, doswiadczenia z joga itp, nasza wymiane sppstrzezen. Jestem z Ciebie dumna :)).

Belrespiro pisze...

Dzięki wszystkim za te miłe słowa, bardzo.

Magda pisze...

Dzięki za ten tekst, Bryja! ;) Jakież my jesteśmy wszystkie podobne. Czasem wydaje mi się, że żyję kilka żyć na raz, razem z innymi kobietami na przestrzeni pokoleń, albo inaczej - że wszyscy / wszystkie jesteśmy połączone tym samym losem, mamy to samo do przerobienia, we właściwym sobie tylko tempie. Coraz bardziej mam ochotę na spotkanie w Wawie ;)
Jelon.

kissgotmethis pisze...

Ależ to pięknie napisałaś kochana. Dzwoń, przyjeżdżaj!

Maja pisze...

Hej Ewa, wlasnie odkrylam Twojego bloga (przez fejsbuka)! Zgadzam sie z moja przedmowczynia (hej Magdo! :-)) - jestesmy podobne/polaczone/nie jestesmy same. Dzieki za tego posta. Dobrze sie Ciebie czyta, Ewo. Pozdrawiam serdecznie,
Maja

kissgotmethis pisze...

Oj miło mi Maja, mam taką potrzebę wypisania się i super, że to pomaga nie tylko mnie :)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...